I am a kind of magic
piątek, 29 lutego 2008

Podaruję ci ciało
bo widzę że
serce Ci mało

Tu masz oczka i uszy
i kawałek tuszy -
To się ładnie obsuszy

Jeden pośladek
przerób na marmoladę
Z drugiego może być dżem
Tylko go dobrze zmiel

A tutaj – wątroba
Ooo, widzę, że Ci się podoba!
Będziesz miał dziś na obiad

Dłonie i stópki
podaj z pieczywem chrupkim
Udźce owiń słoniny fałdkami
i piecz z przyprawami

I nic ze mnie nie zostało
bo serce Ci było mało...

/ 27 luty 2008 /

Wiersz dedykuję wszystkim Panom "wegetarianom", którzy - nie wiedząc co się robi z kobiecym sercem - pozwalają by się popsuło ;)




17:40, 4wymiar , Tfó
Link Komentarze (8) »
środa, 27 lutego 2008

Kocham pieniądze!


Podobno w miłości najważniejsze są: zaufanie i szacunek.


Szanuję obiekt swej miłości – pieniądze. Ci, którzy nie schylają się na ulicy aby podnieść grosika, który jest tylko grosikiem przecież, dokładają go do mojego portfela.
Szanuję pieniądze za możliwości, które dają i ufam, że siła nabywcza papierków i monet potrafi rozwiązać wiele kwestii, zwanych potocznie „problemami”.

Podobno w związku zawsze jest ktoś, kto dominuje.


Ja. W tym związku dominuję ja, ale staramy się aby był to związek partnerski i dajemy sobie bezpieczne ilości swobody.

Podobno wygląd i rozmiar nie mają znaczenia.

Wybaczam mojej miłości pomięte rogi i przybrudzone krawędzie. Ale wiem jedno – ja jestem stworzona do dużych pieniędzy – wielkość ma znaczenie.

Podobno miłość się mnoży jak się ją dzieli.

Aaa hahahahaha !! ;) Nie no – oczywiście!! Każdy może kochać moje pieniądze.

Podobno o miłość trzeba dbać.


Podsycam naszą miłość pragnieniami. Nigdy nie mam dość pieniędzy. Pieniądze wiedzą, ze zawsze mogą na mnie liczyć jeśli chodzi o ich obracanie. I myślę, że podoba im się nowe konto w banku, inwestycje – to miejsce gdzie pracują, portfel mam z gwiazdką (ale szukam z motylkiem). Ostatnio też dostały ode mnie nowy plastikowy domek karciany.

Podobno po 3-4 latach” chemia”/ogień w związku wygasa i związek się wypala.


Trudno – jak ten okres minie to będziemy ze sobą z przyzwyczajenia!

Podobno nawet w najbardziej kochającym się związku czasem trzeba się pokłócić.

To też prawda - ostatnio pokłóciliśmy się strasznie, bo powiedziałam pieniądzom, że nie zyję dla nich, a one dla mnie tak i chyba moje miłości poczuły się niedocenione.
Wiecie - taka niezręczna sytuacja, gdy partner mówi "kocham Cię", a Wy z jakichś przyczyn nie odpowiadacie "ja Ciebie też" (albo na odwrót) i czyjeś oczekiwania zostały zawiedzione.


Podobno miłość to kompromisy i poświęcenia.

Nieustanne – pieniądze wciąż się poświęcają dla moich potrzeb, pragnień i zachcianek, a ja się poświęcam dla nich, pracując i dbając o to aby były w dobrym towarzystwie.

Podobno miłości nie można kupić.

To prawda – miłość jest bezcenna.
Nie wiem jak to się stało, ale ja i pieniądze kliknęliśmy prawie od razu. Rozumiemy się bez słów (to całe larum wokół rozmawiania w związku o wszystkim to, według nas, mocna przesada). Czasem może się nawet wydawać, że się lekceważymy, ale to nieprawda!
Nigdy mi nie szkoda pieniędzy – nawet wtedy jak inni je wyzywają od brudów i piorą na siłę. Ja i moje pieniądze mamy wspólne ulubione powiedzenie: „pecunia non olet”.




sobota, 23 lutego 2008
środa, 20 lutego 2008

Coś co chciałabym mieć i czego nigdy mieć nie będę, bo nie pozwoli na to moja dualna natura i nieustanne pragnienie „czegoś”. To „coś” jest jak najbardziej definiowalne. Zwykle dobrze wiem czego chcę, ale tylko w danej chwili. Niespójność moich pragnień jest męcząca, nawet już dla mnie samej. To nie powinno być takie trudne – planowanie. Ja mogę mieć co najwyżej bardzo ogólny zarys działań i wątłą pociechę z wmawiania sobie, że MAM PLAN. A nie mam. Nie mam też co prawda problemu z podejmowaniem większości decyzji czy wybieraniem kreowanych możliwości, ale każde zdarzenie jest takie krótkie, że w moim życiu zaczyna brakować ciągłości.

29-dniowy luty to jedyny miesiąc, w którym tylko jeden dzień tygodnia powtarza się 5 razy – w tym roku jest to pięć piątków. Czy w przyszłym roku luty będzie idealny? Zależy jak na to spojrzeć – idealny, jeśli przyjąć za wyznacznik ideału upchnięcie w nim równiutkich czterech tygodnie, ale – wybrakowany, jeśli porównać go z innymi miesiącami, w których niektóre dni tygodnia zdarzają się częściej niż 4 razy – czyż to nie cudownie mieć pięć niedziel, albo 5 poniedziałków?

Chcę, żeby mnie było dwie, przynajmniej dwie. Zamieszkały by wtedy daleko od siebie i nie musiałabym ich znosić razem. Jedna kupiłaby sobie fartuszek z falbanką i porodziła czwórkę dzieci, a druga mogłaby mieć jedną walizkę i szukać swojego pieprzonego miejsca na Ziemi, ignorując wrażenie, że takiego miejsca na tej Ziemi, w tym wymiarze, dla niej nie ma.

Która z nich byłaby bardziej samotna?

Różnice czasowe na świecie burzą mój fikcyjny porządek. Gdy ja mam jakąś PIĘKNĄ godzinę, np. 11:11, ktoś inny ma X :11, gdzie X=ileśtam. Ciężko mi się z tym pogodzić. Jeśli jest to 10:11 albo 12:11 to przymykam oko, bo dwie kolejne cyfry obok siebie stanowią względny porządek, ale każda inna kombinacja zaprząta mi głowę dopóki nie wymyślę jakiegoś wytłumaczenia na stojące obok siebie: 11 i, np., 49.
Ale i tak najgorsze są te w stylu 18:57, 7:14, 9:41, ... .

70 procent mnie to wrażenie jakie sprawiam, aby ukryć swoją miałkość. Istnieję tylko w 30%. Kręgosłup mam prawie zawsze kompletny, ale na stałe mam tylko 10 kręgów – resztę wymieniam dowolnie i według potrzeb, najczęściej chwilowych. Pytanie „kim jesteś?” jest dla mnie bardzo śmieszne i niezrozumiałe – jestem tym kim potrzeba, żebym była w danej chwili. Jeśli mam na to ochotę.
Kocham cywilizację za to, że wymyśliła zjawiska, które pozwalają mi maskować moje ‘widzimisię’.


Pośród figur geometrycznych, okrąg jest moim ideałem. Zapętlam się zawsze z radością poszukując różnic i granic pomiędzy końcem a początkiem.

Gdy ktoś mówi: „ja zawsze jestem sobą”, to ja zawsze słyszę smutek w tej wypowiedzi – głęboko skrywane pragnienie bycia kimś innym, nienawiść do osobiście postawionych swojemu bytowi limitów i poczucie obowiązku w realizowaniu koncepcji siebie.

Moja własna filozofia na pokonanie strachu przed zaszufladkowaniem mówi, że „lepsze” i „gorsze” są jak: drabina, półka, piętra, stos – „lepsze” jest zawsze wyżej, „gorsze” jest zawsze niżej.
„Inne” leży obok tego do czego jest przyrównywane.

Z łatwością i bez wysiłku utrzymuję wszystkich ludzi na pożądany – przeze mnie i sytuację – dystans. Dążę do ideału z nadzieją, że uczyni mnie idealną i to mnie zabije.

Im więcej wiem tym mniej mówię, bo nie wiem jak odpowiadać na pytanie „skąd to wiesz?”.
Na każde inne pytanie znam odpowiedź, choć ona nie zawsze jest gotowa.

Bez komentarza.




poniedziałek, 18 lutego 2008

Skrzypiące drzwi otwieram
Wyjmuję wstążkę ze skrzypiącej szafy
Siadam przy Tobie na skrzypiącym łóżku
By kołysana Twym głosem
Naoliwić moje skrzypiące serce


/ 28 wrze 2007 /



21:20, 4wymiar , Tfó
Link Komentarze (8) »
środa, 13 lutego 2008

To mogło się przydarzyć każdemu.

Ciepłe dni na Wyspach... zdarzają się. To był taki ciepły dzień. Ulubiona sukienka, spacer ulubionymi zakątkami, znajome okolice centrum miasta. W którymś momencie ich dwoje, mężczyzna i kobieta, znaleźli się obok siebie w tłumie ludzi. Nie widzieli się na początku, dopiero po kilkunastu metrach spojrzeli na siebie, ale tylko na chwilę. On zaczął:
-Cześć.
-Cześć.
-Ciepło dziś.
-Bardzo.
-Pasują ci te kolory.
-Dziękuję.
-Proszę.

Następne kilkadziesiąt metrów. Zdawało się, że to koniec rozmowy.
-Chcesz się napić kawy? – poprawiła apaszkę.
-Nie pijam kawy.
-Ani ja.

Dochodzili do skrzyżowania.
-Tu dają dobrą kawę – wskazał palcem na ulicę po prawej stronie.
-Nie pijamy kawy.
-Fakt.

Zatrzymała się przy wystawie sklepu z koralami. Stanął obok.
-Kup te ciemnoczerwone. Masz jakieś czerwone ciuchy?
-To mój ulubiony kolor - wybuchnęła śmiechem.
-A herbatę pijasz?
-Tak.
To był najlepszy moment aby ich spojrzenia wreszcie się spotkały, ale ona dalej patrzyła na te korale.
-Parę ulic dalej jest bardzo fajna herbaciarnia.
-Znam ją. Chodźmy.
-A korale?
-Kupię jutro.

Ich spojrzenia wreszcie się tam kiedyś gdzieś spotkały.
Poznali też szczegółowo topografię swoich ciał i mieszkań. Było im razem dobrze.

Ona rzeczywiście kupiła te czerwone korale.

To mogło się przydarzyć każdemu. Mogło?




wtorek, 12 lutego 2008

Wystudiowanym krokiem damy
Po schodach wchodzę
Tuż przed wejściem na salę balową
Wzrokiem zawodzę
Lekko pochylam głowę
Zasłaniam twarz chustą ażurową
Czy my się znamy?

Szybki taniec słów odbywamy
Już wiem co miałam wiedzieć –
Nie jesteś mi pisany

/ 12 luty 2008 /



19:10, 4wymiar , Tfó
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 11 lutego 2008

[Obgadujemy mojego znajomego]

Y - No to powiedz mi w takim razie co ci daje znajomość z nim?
X - To proste - nic :-)
Y - :/
X - Czy kończymy ten temat? Ale chcę, żebyś był usatysfakcjonowany - w końcu to mój przyszły mąż ;-)
Y - Poziom toksyn, który bije z ostatniego zdania nakazuje mi wezwać agencję atomową dla zbadania tego przypadku.
[Mądrala :-)]




Co dwie głowy to nie jedna ;-)

piątek, 08 lutego 2008

„Podejdź, proszę” – powiedziała Obojętność
„od dziś jesteś moja”
Zapłaciła za mnie pierwszą ratę
podeszłam – „jestem Twoja”

„Nie bój się” – powiedziała Obojętność
„od dziś nie będziesz smutna”
Miękkim dotykiem wyzuła mnie z uczuć
więc nie jestem smutna

„Poddaj mi się” – powiedziała Obojętność
„pozwól się przytulić”
Zapłaciła za mnie drugą ratę
dziś mnie do snu tuli

/10 sty 2008/




19:50, 4wymiar , Tfó
Link Komentarze (15) »
sobota, 02 lutego 2008

John ‘Jack’ Walster nazywał mnie pierwszymi dwiema literami mojego imienia, bo tak mu było łatwiej. Ja mówiłam do niego po prostu ‘John’, a o nim - ‘John, The Pilot’.


Był Anglikiem. Był odważnym człowiekiem. Był dumny. Niepokonany na niebie. Był bohaterem. Królowa przysyłała mu tyle medali, że w którymś momencie brakło na nie miejsca na mundurze galowym Johna.


Widywaliśmy się prawie codziennie, bo tak się złożyło. Opowiadał o wojnie i o swoim życiu – o obydwu tych rzeczach mało, ale wystarczająco i z humorem.

Piliśmy czasem wiśniówkę – John naprawdę lubił wiśniówkę. Dużo opowiadałam mu o moim tacie, a tacie o nim i tata zawsze mi tę wiśniówkę „dla Johna” kupował, ilekroć byłam w Polsce. Ukradkiem wnosiłam butelkę, upewniwszy się przedtem, że wolno mu wypić okazyjnie kieliszek przy lekarstwach, które brał.

Był zachwycony tą skórzaną, a’la radziecką czapką, którą mu kupiłam w Polsce – w naprawdę zimne dni opuszczał jej końcówki na uszy i śmiejąc się całemu swojemu bólowi w twarz, wyruszał... nikt nie wie dokąd. Nie mówił.


Nigdy też nikomu nie powiedział – nawet żonie – skąd ma tę ranę, o której lekarze 40 lat wcześniej powiedzieli mu, że zagoi się w pół roku.


Pachniał LYNXem i bardzo ten zapach do niego pasował, choć John wybrał go najpierw z powodu reklam – „SPRAY MORE, GET MORE” – zaśmiewał się często.

Lubił cheese-cake, nie znosił bread-and-butter puddingu.


Kilka tygodni przed śmiercią powiedział mi „you are a good girl”, odpiął z czapki wojskowej swoje srebrne skrzydła Royal Air Force i po prostu mi je dał. Nie spodziewałam się tego, więc w pierwszej chwili odmówiłam, powiedziałam, że przecież ma syna, że syn powinien je dostać. John odparł, że syn nigdy nie zrozumie czym te skrzydła są. Na pogrzebie poznałam jego syna – miał rację.

Codziennie, gdy otwieram swoją szkatułkę z biżuterią, one tam są – srebrne skrzydła Royal Air Force noszone kiedyś dumnie przez Johna ‘Jacka’ Walstera – zużyte, wyślizgane, pewnie nie takie lśniące jak kiedyś...


Skrzydła Johna Pilota, który często patrzył w niebo.



2 lutego 2006 roku, o ósmej nad ranem, dostałam wiadomość, że John zmarł w nocy.
Czułam się tak, jakbym straciła naprawdę dobrego przyjaciela, choć naszej relacji nie nazwałabym przyjaźnią. Nie płakałam. Chyba. Nie pamiętam. Niewiele z tego dnia pamiętam.

Tydzień później był pogrzeb w iście wojskowej oprawie – były proporce i wielu starszych panów w mundurach. Wszyscy z mocnymi, śpiewnymi głosami. Położyli flagę na trumnie. Byłam tam najmłodsza, ale czułam się na miejscu.

Znaliśmy się niewiele ponad rok.
Nigdy o nim nie zapomnę.
To nie jest smutny wpis :)

John The Pilot nawet jak narzekał, to z uśmiechem!

[Lasting Tribute to John]