I am a kind of magic
poniedziałek, 31 grudnia 2007

Pogoda dziś w Dublinie przepiękna - czytaj: bezdeszczowa, więc mam dobry humor do/poprawiony zakupami i wizją miodku pitnego przy sylwestrowym wieczorze filmowym ;)

Ale ja nie o tym.

Chcę złożyć Wam życzenia na Nowy, 2008, Rok.

Oprócz banalnego, lecz jakże potrzebnego, ba! niezbędnego!
ZDROWIA, życzę Wam
DOBREJ PAMIĘCI - pamiętajcie o tym CO JEST DLA WAS NAJWAŻNIEJSZE; pamiętajcie, że być dobrym człowiekiem jest tak samo łatwo jak złym i otaczajcie się dobrymi ludźmi. Niech Wam
UBĘDZIE WROGÓW a PRZYBĘDZIE PRZYJACIÓŁ, niech
SPEŁNI WAM SIĘ PRZYNAJMNIEJ POŁOWA POSTANOWIEŃ NOWOROCZNYCH, bądźcie
SZCZĘŚLIWI i
BOGACI - w pieniądze, doświadczenia i marzenia!!

Niech każdy dzień będzie jak ruska matrioszka :*



17:59, 4wymiar , z ZIB
Link Komentarze (7) »
piątek, 28 grudnia 2007


- Ciocia, a skąd ty umiesz tak fajnie tańczyć? – zapytała mnie kiedyś Pewna Mała Dziewczynka.
- Ciocia bardzo lubi tańczyć, kochanie, ciocia tańczy gdy tylko może, a jak nie może to wyobraża sobie, że tańczy i tak sama się nauczyła – odparłam, bo co miałam Pewnej Małej Dziewczynce powiedzieć? Że ciocia słyszy muzykę każdą komórką swego ciała, a tańczyć musi? Jak pewien Grek...
-----
Bardzo podoba mi się mężczyzna, który umie poprowadzić mnie w tańcu. Znam wielu, którzy prowadzą tylko przez chwilę, oddając szybko „krok” z niedostrzeżoną łatwością i najdalej od połowy tańca to ja prowadzę. A co to za przyjemność z obracania samej siebie ;)
Ten mnie zaskoczył. Bez jednego szarpnięcia, pociągnięcia czy innej formy narzucenia swej tanecznej woli, poprowadził mnie z uśmiechem przez cały wieczór. Z każdą piosenką dodawał coraz ciekawsze figury a także coraz częściej i dłużej patrzyliśmy sobie w oczy. To jedno uczucie na milion, że ja wiem, że on wie, a on wie, że ja wiem, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Wiedzieliśmy też, że jak tylko przestaniemy tańczyć, uczucie to zastąpią miliony innych uczuć i wszystkie doprowadzą nas do wniosku, że kompletnie do siebie nie pasujemy. Tańczyliśmy więc jak chyba żadne z nas nigdy w życiu nie tańczyło – nie tylko dla samych siebie ale i dla siebie nawzajem. Dotykając jego włosów i pozwalając mu dotykać swojej twarzy tak bardzo banalnie marzyłam, abyśmy mogli tańczyć wiecznie.
Nad ranem zeszliśmy z parkietu chwilę po tym jak ustała rzeczywista muzyka – przez tę chwilę nie zauważyliśmy po prostu jej braku. W drodze do domu patrzyłam na jego prawą rękę, pewnie i spokojnie manewrującą przy skrzyni biegów. Tak samo pewnie ujął moją dłoń gdy zatrzymał samochód pod domem. Wiedziałam, że z nas dwojga to on to powie – nie na darmo prowadził mnie przez cały wieczór. Powiedział.
„Postaram się” – odpowiedziałam zupełnie jak nie ja. „Jeszcze tylko ostatni pocałunek i będę musiała zacząć się starać” – pomyślałam.


Teraz pamiętam, że gdy do mnie mówił, ZAWSZE trzymał mnie za rękę.



niedziela, 23 grudnia 2007

"Kto nie poznał tęsknoty ten nie zna prawdziwej miłości" by Ksiądz podczas kazania.

Chodzenie do kościoła zbyt często jest dla mnie przygnębiające, stresujące i smutne.

piątek, 21 grudnia 2007

Jestem szpiegiem Twoich marzeń
Mam kamerę w Twoich snach
Kiedy coś Ci się zamarzy
Pełny obraz tego mam

Robię zdjęcia Twym pragnieniom
Słyszę co Ci w duszy gra
Podpatruję Twe odczucia
Czytam na głos myśli Twe

Widzę Twoje wątpliwości
Zapisuję Twoje myśli
Może kiedyś Ci się przyśnię...
Jestem czujna
Ja




16:32, 4wymiar , Tfó
Link Komentarze (6) »
środa, 12 grudnia 2007

Na początku było uczucie bez słowa
Na końcu wiele słów bez u/czucia
By chcieć zacząć znowu od nowa
Musiałabym przyznać Ci
i wyznać Ci
A/Więc wolę od siebie kłamania
chwilowy brak kochania.
Wybaczysz mi!

/ 10 gru 2007 /


Kici Kyci Aja DaDa.

18:45, 4wymiar , Tfó
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 10 grudnia 2007

Od poniedziałku do piątku pomiędzy 8 a 9 rano, kanał muzyczny KISS do popularnych klipów dodaje tłumaczenia słów piosenek w języku... miganym. Wygląda to świetnie! Nie są to jakieś sztywne lalki, ale panie i panowie migający całym ciałem. Efekt jest co najmniej specjalny!

Popatrzcie

Nelly & Kelly w hicie "Dilemma" - czyż ten pan w prawym dolnym rogu nie wczuwa się w sposób genialny?

[ dopisek: nie mam pojęcia kto podśpiewuje w tle i dlaczego obraz się rusza jakby osoba trzymająca kamerę tańczyła ;) ]




A tutaj Mariah Carey "We belong together" w towarzyszeniu gorącej w ruchach Afro-American girl



I moja osobista ulubienica: pani w różowym sweterku. Wykonawcy nie znam i nie lubię, ale wyłaczcie głos i popatrzcie na Nią




"Poluję" na Panią W Różowym Sweterku migającą Shakirę i Beyonce w "Beautifull liar"!!!


Na koniec klip w którym wszyscy pięknie tańczą i mają ładne stroje - R Kelly "Happy people" :)



11:40, 4wymiar , z ZIB
Link Komentarze (4) »
niedziela, 09 grudnia 2007

... po szminkę,
czyli –
krótka historia o tym jak kupują kobiety (ja na ten przykład).

Na wyprawę przygotowałam się solidnie (o kwestii reklamówek w Irlandii wspominałam dwie notki temu). Mam na myśli pogodę. Od rana obserwowałam przechodniów walczących z wiatrem i deszczem. Były to bardzo pożyteczne obserwacje – doprowadziły mnie do wniosku, że parasolki kupować w Irl nie warto, bo oprócz walki z deszczem szykuje się walka z wyginaną przez wiatr „w grzybka-muchomorka” parasolką.
Zarzuciłam więc na siebie duży, różowy szal – w razie szczególnie silnego deszczu planowałam go zakutać na głowie (plan był taki, że miałam wtedy wyglądać jak w starych, romantycznych filmach). O naiwności! Szal nie tylko został mi porwany z głowy ale nawet zawiązanie go na siedem supłów nie dało mi spokoju ducha – co jakiś czas musiałam poprawiać.
Przyrzekam, że w pewnym momencie musiałam stanąć i przytrzymać się płotu, aby nie zostać zdmuchniętą! Za co ten wiatr tak tej Irlandii nienawidzi?
Zanim dotarłam do centrum handlowego moje dokładnie zebrane w kitkę i przylizane elegancko włosy zamieniły się w tzw. „artystyczny nieład”. Crap.

Nic to.

W środku – szaleństwo. Ludzie są czasem niepoliczalni ;)
„Też ci się szminki zachciało” – przeklinałam się w duchu – „miast w domu na dupie przed telewizorem siedzieć to musisz wykombinować teraz jak zdobyć koszyk w Bootsie”. Eh.

W ciągu 40 minut pomazałam sobie wierzchy dłoni wszystkimi kolorami szminek wszystkich firm. To była już moja któraś z kolei wyprawa po szminkę i byłam naprawdę zdeterminowana ja kupić. ‘Autumn Berries’ – bingo! „Dobrze ci poszło” – pochwaliłam się w duchu – „może pójdź za ciosem i dobierz do niej kredkę”. ‘Red Glamour’ – to był mój szczęśliwy dzień!

Kobiety poruszają się w wąskich przejściach pomiędzy półkami instynktownie. Subtelne „och, przepraszam” i uśmiechnięte „dziękuję” wypełniają pachnącą przestrzeń, a płynne ruchy, niczym z jakiegoś dworskiego tańca, czynią przemieszczanie się bezmyślowym procesem. Delikatny półobrót i oto przemknęła młoda mama z dzieckiem; przytulenie się do półki z farbami do włosów i chwilowe uczucie grubej murzynki ocierającej się o torebkę... lekki unik... ‘afro-ireland’ już jest przy mydełkach; delikatne kopnięcie koszyka i ten pan co tu czeka na dziurkę wolnej przestrzeni pomiędzy dwiema przyjaciółkami dyskutującymi o nitkach dentystycznych, przeciska się z uśmiechem ulgi. Mistrzynie tego tańca, znające wszystkie kroki i figury, uczestniczą w nim bez odrywania wzroku i nosa od pudełeczek, flakoników, buteleczek, tubek, opakowań...

Do koszyka dorzuciłam nawilżane chusteczki, bo zostawiam takie same w innej torebce, a przecież musiałam czymś wierzchy dłoni wytrzeć. Po drodze do kasy wrzuciłam jeszcze kilka rzeczy, koszyk zrobił się ciężki, więc postawiłam go na podłodze przy żelach pod prysznic i płynach zapieniających kąpiel.

Obserwowanie kobiety wybierającej coś co wymaga powąchania to poezja dla oczu i odczucie, że przynależy ona do jakiegoś sekretnego zakonu Wąchaczek. Bierze do ręki każdą butelkę, otwiera, delikatnie przyciska, czasem brudząc sobie wrażliwy nosek balsamem do ciała. Marszczy narząd powonienia, odsuwa się z niesmakiem, czasem wydaje delikatne westchnienie „a fuj”, aż znajduje produkt, którego zapach wywołuje uśmiech aprobaty i ląduje w koszyku.

Tradycyjnie, pani przy kasie z radością obciążyła moją kartę kredytową i wybiegłam na wiatr (deszcz ustąpił!) targając dwie papierowe torebki skarbów.

Bo jestem tego warta :)



Kto ma 'dobre oko' niechaj policzy ;-)

piątek, 07 grudnia 2007

To, że mam wyłączone telefony nie znaczy, że nie żyję; nie znaczy, że coś jest u mnie „nie tak”, ani nawet, że chcę być sama (pompatyzmowi mówimy stanowcze „ni”!).


Jak bardzo jesteśmy uzależnieni od „technologii naszych czasów”?

Telefon komórkowy stawał się popularny, gdy zaczęłam więcej jeździć w góry. Obserwując panienki i chłopców przyklejonych do ‘komóry’, rozpaczliwie szukających zasięgu i słuchając ich tłumaczeń, że ”może się przydać, gdyby wydarzył się jakiś wypadek” – myślałam sobie jak bardzo upośledzają nas te wszystkie urządzenia. „Mam komórę więc zadzwonię po pomoc – nie muszę wiedzieć zatem nic o podstawowych środkach bezpieczeństwa ani znać zasad pierwszej pomocy” – usłyszałam pewnego razu. „A co jeśli znajdziesz się unieruchomiony w miejscu bez zasięgu, zgubisz telefon, albo wyczerpie się bateria?” – pytałam.
I te zdziwione minki, gdy słyszeli, że używanie komórki na połoninach może skończyć się uderzeniem pioruna. "W taki słoneczny dzień jak dziś? Niemożliwe" [te! Nie zgrywaj łyżki! Wszystko jest możliwe, nawet otwarcie parasola w dupie!]

Pewnego poranka na bazie podeszła do mnie dziewczyna. Trzymała w ręku suszarkę do włosów i zapytała czy ktoś mógłby naprawić to gniazdko w kuchni bazowej „bo chyba nie działa”. Zanim zdążyłam coś powiedzieć, wtrąciła się inna osoba, mówiąc, że gniazdko owszem działa, bo jemu się woda na herbatę właśnie zagotowała. Żadne z nich nie pomyślało o tym, że w promieniu kilku kilometrów nie było słupa ani kabla z prądem, gniazdko było zamontowane przez studentów politechniki dla przysłowiowych „jaj”, a woda zagotowała się nie od grzałki tylko od tego, że garnek, w którym owa grzałka była zanurzona stał na piecu! Dziewczyna odeszła zawiedziona, że jej się popsuła suszarka...


Po południu przez środek bazy ustawiła się kilkunastoosobowa kolejka do niebieskiego aparatu TP S.A. (po raz kolejny – dowcip studentów Politechniki). Wszyscy gotowi, z kartami na impulsy, czekali na godzinę 15.00, bo kartka przyczepiona nad aparatem głosiła „sygnał dostępny od 15.00 do 18.00 od poniedziałku do piątku”. Przynajmniej było luźno w jadalni.


Ale hitem bazowych kpin pewnego lata było oglądanie „Na dobre i na złe”: grupa ludzi z wyobraźnią zasiadała z piwkiem i przekąską w tzw. ‘palarni’, kolega zapodawał na gitarze piosenkę przewodnią, a potem wszyscy udawali, że oglądają serial, komentując głośno wymyślane na poczekaniu przygody bohaterów i krzycząc na przygodnych przechodniów, że zasłaniają ekran!


Jakiś czas potem i ja nabyłam telefon komórkowy i czasem go wyłączam. BO MOŻNA :)

Mój "martwy" Samsung wygląda tak:




czwartek, 06 grudnia 2007

Nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam na porządnych zakupach z dokładnym oglądaniem, przymierzaniem, odkładaniem, poszukiwaniem, uśmiechaniem.
Dość dawno w każdym bądź razie.

Dziś pomiędzy wizytą tu i spotkaniem tam zrobiłam sobie przerwę w Oxfamie z książkami, bo naprawdę już nie miałam co czytać, a jak nie mam co czytać to się nie czuję bezpiecznie ;)

Nabyłam pięć pozycji, więc będę miała za chwilę dylemat, bo zwykle nie czytam więcej niż czterech na raz.

1. Augusta Trobauch "Sophie and the Rising Sun" - historia miłości Zosi i japońskiego ogrodnika - Oto, skomplikowana przez wydarzenia 7 grudnia 1941 roku. Liczę na ukazanie różnic kulturowych i jestem ciekawa na ile realne będzie zakończenie (zapewne zapoznam się z nim po kilku minutach lektury - czasem tak mam: ostatnią część Harrego Pottera zaczęłam od końca i jak się dowiedziałam, że Harry ma dziecko z Ginny to do tej pory nie przeczytałam pierwszego rozdziału).

2. Ben Dolnick "Zoology" - podobno pełna szczerego humoru podróż w krainę dorosłości pokazana poprzez opowieść o Heńku, który uważa się za obiecującego muzyka jazzowego i znajduje pracę w nowojorskim Zoo. Z opisu wynika, że Henio dowiaduje się co to jest prawdziwa miłość i chcę się przekonać, które zwierzątko pokochał.

3. Michele Brown "The little history of the Teddy Bear". Czy wiecie, że największy udział w wypromowaniu misiów (angielskie "teddy bear") miał Teodor "Teddy" Roosevelt, który w 1902 roku odmówił zastrzelenia złapanego na polowaniu miśka i uratował zwierzęciu życie wykrzykując "spear the bear" [oszczędzić niedźwiedzia]? Książka przedstawia niesamowity sukces misia jako ulubionej dziecięcej przytulanki, przybliża też postacie najsławniejszych misiów (Puchatek, Ruppert, Paddington...). Kupiłam ją dla Tadzika - będę mu ją czytała, gdy jego narzeczona, pluszowa krówka Helena z Holandii, będzie miała pms/znp.

4. Marsha Mehran "Pomegranate soup" (zupa z granatów - tych owoców) - pozycja może pornograficzna - oto do irlandzkiej wsi, w której tradycyjne irlandzkie jedzenie (łihej, wreszcie się dowiem co to jest!!) gotowane spracowanym Irlandczykom przez ich grube, smutne irlandzkie żony, przybywają trzy siostry i zakładają restaurację, w której serwują dania perskie. Wieś szaleje, matrony najbardziej. Powinno być ostro - przepisy kulinarne i takie tam.

5. Michael Palin (jeden z twórców Monthy Pythona) "Sahara" - Majkel podróżuje po świecie i świetnie mu idzie. Widziałam niektóre odcinki jego podróżniczej serii zrobionej dla BBC (m. in. ten w/o Polsce). Nie wierzę, że książkę napisał sam, ale połączenie mojej fascynacji Afryką i platonicznej miłości do pustyni z oryginalnym przedstawieniem rzeczywistości oraz pięknymi zdjęciami zaowocowała zerowym wahaniem w kwestii zakupu.

Pani w sklepie z radością obciążyła moją kartę kredytową i przytachałam skarby do domu w reklamówce Baltony (zawsze mam ze sobą reklamówkę, bo w Irlandii w ramach ochrony środowiska, nie dają plastikowych reklamówek jednorazowych, tak jak u nas w każdym sklepie, lecz je sprzedają).

Od czego zacząć? M.m.m. mniam :)





18:30, 4wymiar , z ZIB
Link Komentarze (6) »
wtorek, 04 grudnia 2007


Dobrze jest mieć serce z kamienia

kruszeje z upływem czasu.



Glendalough niedaleko Dublina.

 
1 , 2