I am a kind of magic
czwartek, 29 kwietnia 2010
Czekałam na to prawie 8 miesięcy. I doczekałam się - przez ostatnie 4 dni 99% zawodowego i 20 % prywatnego czasu spędziłam na budowie :)
niedziela, 25 kwietnia 2010
sobota, 24 kwietnia 2010
piątek, 23 kwietnia 2010
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
W moim lesie wśród drzew, są istoty, których nauczyłam się nie zaczepiać.
czwartek, 15 kwietnia 2010
60 minut. Tyle zajmuje przejście z Placu Wolności w Łodzi do katedry. Marsz Milczenia wyruszył o godzinie 20 w ostatnią sobotę. „Milczenia” był tylko z nazwy… Może gdyby ludzie porozumiewali się telepatycznie i zatracili zdolność mówienia, to byłoby cicho i … podniośle. No cóż...
sobota, 10 kwietnia 2010
"O zmarłych należy mówić tylko dobrze". Jakże prawdziwe jest dziś to łacińskie powiedzenie...
Wszyscy rozsądni ludzie mówią dziś tylko dobrze o wszystkich, którzy zginęli w katastrofie Tu-154, zwłaszcza o prezydencie Lechu Kaczyńskim. Tak to już jest - de mortuis nil nisi bonum...

Nie miałam stosunku do prezydenta. Ale miałam szacunek dla demokracji, a to w demokratycznych wyborach lud Polski wybrał tego małego człowieczka z buzią łobuziaka, na prezydenta. To szanowałam, nawet jeśli czasem był to taki szacunek trochę z obowiązku niż z przekonania.


Nie umiem ocenić czy był dobrym prezydentem czy nie. Jedni prawią, że tak, inni udowadniają, że nie.

Wiem, że nigdy nie przeszkadzał mi jego niski wzrost, bo i w czym miał mu na urzędzie prezydenckim przekazać? Jego, tak bezlitośnie mu wytykane przez wszystkich, potknięcia duże i małe (np. odwrotnie trzymany szalik z napisem POLSKA), w których dopatrywano się zawsze drugiego dna, też mi mało przeszkadzały.


Gdy myślę o Lechu Kaczyńskim, uśmiecham się.

Uśmiecham się, bo ilekroć czytałam wywiady z prezydentem, takie ludzkie wywiady, nie te polityczne, to też się zawsze uśmiechałam.

Bo to był super facet, wiecie? Tak właśnie o nim myślę! Miał niezwykłe poczucie humoru, cudownie traktował swoją żonę i kobiety w ogóle, potrafił powiedzieć coś czego może nie powinien, potrafił leciutko podchodzić do tej granicy, kiedy można by się już było na niego oburzyć. I jej nie przekraczał.


Bardzo mi też szkoda pani Marii Kaczyńskiej, która była niezwykle spokojną kobietą. Podziwiam ją. Za nic na świecie nie chciałabym być żoną prezydenta, nie ważne jakiego kraju. Nie potrafiłabym. A ona była na miejscu.


Matka prezydenta - również cudowna babeczka. Strasznie, strasznie mi jej żal.


Jak już opadną emocje, zaczną się formować teorie spiskowe, podobne tym, które snuje się w związku ze śmiercią gen. Sikorskiego.


A ja będę się uśmiechać na wspomnienie prezydenta, tego niskiego mężczyzny z buzią łobuziaka.







czwartek, 01 kwietnia 2010

Gdybyście mogli ją zobaczyć.

Stała leniwie na wysokich, różowych obcasach opierając się o ścianę w kącie przy schodach i paliła papierosa.
Nikt nie zwracał na nią szczególnej uwagi gdy lekko przymrużonymi oczami, ukrytymi za niezwykle starannym różowym makijażem, obserwowała otoczenie. Wokół niej była taka dziwnie duża przestrzeń, pustka prawie.
Popielniczka była oddalona o jakieś cztery kroki ale nie podeszła do niej ani razu, a przynajmniej nikt tego nie widział. Prawą rękę miała opartą swobodnie na biodrze a lewą podnosiła do ust papierosa. Poza tą lewą ręką nie poruszała żadną inną częścią ciała. Wyglądała przez to trochę jak manekin.
W powietrzu latały różnokolorowe światła, wszyscy bawili się na całego, było naprawdę bardzo głośno i gorąco. Nie odrywałam od niej wzroku gdy barman podawał mi drinka i poczułam, że nie mogę być jedyną osobą, która się na nią gapi więc rozejrzałam się uważniej.
On stał przy ogromnej sofie i choć był zwrócony do mnie bokiem, wiedziałam, że na nią patrzy. Skoro ja wiedziałam to może ona też? Straciłam ją z oczu na dosłownie pół minuty, gdy na sofę po drugiej stronie stolika siadały jakieś trzy kobiety. Znikła. I nie widziałam też nigdzie tego obserwującego ją mężczyzny.
Przypomniałam sobie o niej gdy nie mogłam zrozumieć dlaczego jakoś tak w tygodniu kupiłam różowe szpilki. Okropnie wysokie, za wysokie jak dla mnie. Nie wyszłam z nich z domu przez miesiąc, ale nie miały okazji się zakurzyć, bo zakładałam je co wieczór po kąpieli i udawałam, że jestem Lilly, bo tak ją nazwałam. Wyobrażałam sobie jak chodzi, jak odwraca głowę, jak suszy włosy, pije, uśmiecha się.
Któregoś wieczora leżałam w łóżku w kłębach papierosowego dymu, ubrana w te różowe szpilki i starałam się nie patrzeć jak on odpina pasek dżinsów.

Bardzo bym chciała móc wam ją pokazać.