I am a kind of magic

Szeptarki szeptanie

poniedziałek, 19 kwietnia 2010
W moim lesie wśród drzew, są istoty, których nauczyłam się nie zaczepiać.
wtorek, 20 maja 2008
_ _ Są kobiety, które wyglądają dobrze, nawet z opakowaniem papieru toaletowego pod pachą w teatrze. Ona, Znikająca Panna, właśnie do takich kobiet należała – zawsze na miejscu choć często w sposób nieadekwatny do sytuacji._ _
niedziela, 30 marca 2008

Link do części pierwszej: Poranki Znikającej Panny.


_ _ Gdy samo bycie widzianym przestaje człowiekowi wystarczać, zaczyna on łaknąć myśli i pełnych podziwu opinii innych ludzi. Staje się próżnym. Nie warto zwracać zbyt dużej uwagi na piękne słowa jeśli wydychają fałszywe opinie._ _

Jak miło wciąż siebie widzieć. Wciąż też widzę Was, choć już tylko w odbiciach cudzych opinii.

Nowa Terapeutka przedstawiła mi się jako Emelda [wymawiane przez „i”].

Zwolniłam na chwilę czas, żeby móc rozkosznie obserwować, jak myśli wchodzą do jej głowy i ona próbuje je wypchnąć ustami, formułując słowa w zdania, a zdania w opinię o mnie.

-You understand why you are here?
[of course I understand, you insignificant woman!]

-Yes. Do you?

-We believe you have a problem.

-You don’t say. [crap, I should not have said that! Simple, submissive smile would be better]


Emelda nie mogła zrozumieć, że czas wolny lubię spędzać na dotykaniu wody.
Dalej odbijała mnie w opiniach innych, bo tego nauczyła się w odtwórczym procesie edukacji. Wystrzeliłam z procy spowolniony wcześniej czas.
Bo mogę.

[no dalej, daleeeej! nalej wody do miski... odczekaj chwilę aż się uspokoi i pogłaskaj ją delikatnie. najpierw samymi opuszkami palców. ale nie wszystkimi na raz! powoli, spowolnij czas. uściśnij wodę, pognieć ją, nabierz w dłonie jakby do umycia twarzy...]

Czas. Czas. Czas. Czas pokaże. Pokazał, że Emelda nie była mi potrzebna.
Na początku, wszystko co robiłam wydawało się czystą abstrakcją. Nie mogłam pojąć jak to się stało, że potrafię powiedzieć coś w nieznanym języku. Nie – obcym! Nieznanym. Wydaję z siebie pozornie niezrozumiałe dźwięki, które układają się w słowa, słowa tworzą zdania, a zdania kreują opinię o kimś. Nikt nie rozumie co słyszał, ale dźwięki nieznanego języka wepchnięte w ludzkie głowy maja moc tworzenia.

Patrzę na kogoś, kto patrzy na moje ręce i nakazuję myśleć „trochę bardziej obce niż wczoraj, ale jeszcze mogą być.”

_ _ Znikająca Panna to ten typ istoty, na wspomnienie której pomyśleliście „to mi się nie mieści w głowie”. Tak jak istnienie Szeptarki, która jest niewidzialna gdy szepcze historie zasłyszane od Drzew._ _

-Co ty robisz?
-Nakładam odżywkę do włosów na pędzel do pudru.
-Ale... po co?
-Bo po szamponie zawsze nakładam odżywkę, żeby się lepiej rozczesywało.
-Jesteś naprawdę dziwna, *.

[ciekawe czy to jest właściwy moment na zmarszczenie nosa] -I co z tego?
-Nic. Po prostu brak mi czasem słów.
-Więc wymyśl nowe słowa...

_ _ To co widzi i jest widziane, nie jest najważniejsze. Posłuchaj, powąchaj, posmakuj, podotykaj. Poczuj._ _

Zapamiętaj lub zapomnij.


środa, 12 marca 2008

_ _ Spotykam Ją co jakiś czas pod tą Brzozą, która nie dotyka żadnego innego Drzewa. Znam Jej historię od tej właśnie Brzozy, bo Znikająca Panna – tak Ją nazwałam – nie istnieje gdy tam pod tą Brzozą siedzi, więc sama nie może mi swojej historii opowiedzieć. Brzoza ma piękny szum..._ _

Jak miło Was wciąż widzieć. Jak miło być wciąż widzianą.


Budzę się każdego poranka i boję się pierwszej myśli – tego, że żadna myśl nie nadejdzie.
Że nadszedł ten dzień, kiedy zniknę i już mnie nikt nie zauważy.
Uciekam przed tym od lat.
Myślałam, że potrafię żyć normalnie, ale udało się tylko przez jakiś czas, 10 miesięcy.
Potem wystraszyłam się szczoteczki do zębów.

-Do you want to stay for the night, Bo?
-Yes, but you know how fussy I can be in the morning about not having a toothbrush.

-I bought one for you. It’s on the sink, next to Cass’.

[you did what?!?] -Thank you. That’s very thoughtful of you, William.

[there it was – staring at me in the morning. A toothbrush. And a red one too. Could be more perfect only if it had a tiny little butterfly at the end… What’s next? My own keys?]

-Bo, I gotta run – here are Cass’ keys, lock yourself out, will you? I’ll get you your set tomorrow. Gotta run. Luv ya.

[Time to run for me too.]


Fajnie jest szorować rano zęby i widzieć się w lustrze. Znaczy, że jeszcze jestem.
Patrzę na swoje ręce – nie takie obce jak wczoraj, w sumie mogą być.

-Wszystko w porządku? [no dalej, uśmiechnij się do niego] Wyglądasz pod tą kołdrą jak francuski rogalik – tak jesteś mocno zawinięta.

-I am scared.

-You what?

-Boję się.

-Czego się boisz?

-Że zniknę i nikt mnie nie zauważy, że jestem zniknięta.

-Ja zauważę.

-Jak zniknę to mnie nie będzie widać przecież.

-Ale będę cię szukał.

[mówiłam, uśmiechnij się do niego, on cię jeszcze widzi]

-Powinniśmy ustalić jakieś miejsce, w którym będę na ciebie czekać jak zniknę...

-Świetny pomysł.


Pewnego dnia zniknę, bo jednak nie umiem żyć tak jak trzeba. I wtedy będę czekać w ustalonym miejscu.

_ _ Obecnie czeka pod Brzozą. A ktoś gdzieś tam przestanie niedługo rozpoznawać jej ciało, potem jej zachowanie, potem „ją”.
I odejdzie zapominając o tym, że miał jej szukać, gdy zniknie on sam zniknie; odejdzie, słusznie usprawiedliwiając swe sumienie.
On śleposercy człowiek, który nie wiedział, że oswoił najprawdziwszą, magiczną istotę – Znikającą Pannę. W jego oczach, i tylko oczach, zmieniła się tak bardzo, że zarzucił jej, że przestała go kochać. A przecież nie zadzwoniła, żeby odebrać płytę Vangelis._ _

-Ta płyta jest moja czy twoja?
[ludzie gromadzą strasznie dużo rzeczy, ludziom mieszkającym razem strasznie się te rzeczy mieszają]
-Kupiłam ją dla ciebie, więc jest twoja, bo cię kocham i jak ci ją kupowałam to też cię kochałam. Jak cię przestanę kochać to zadzwonię i powiem "oddaj mi moją płytę Vangelis". Zapamiętasz?
[ja zapamiętam twój dźwięczny śmiech]



poniedziałek, 19 listopada 2007

[Pierwsza część "Zory"]

Każdy człowiek rodzi się z wiedzą absolutną. Wchodzi w jej posiadanie w momencie gdy po raz pierwszy otwiera oczy i traci ją bezpowrotnie, gdy po raz pierwszy je zamyka. Pozostaje mu tylko wrażenie, że ją miał. Więc przez całe życie się uczy. Chce znowu otworzyć oczy po raz pierwszy i nigdy już ich nie zamknąć.


Zora.
Paweł popatrzyłby na niskiego grubego chłopca, który otworzył mu drzwi, ale nie mógł oderwać oczu od Zory. Stała do niego tyłem. Właściwie nie wiedział na co patrzy. Na nagą, piękną Zorę czy na krwawe, zmasakrowane, ludzkie zwłoki, które rwała gołymi rękoma. Był za to pewien tego co słyszał. Mlaskanie. Zora zastygła w bezruchu i słyszał jak nabiera powietrza. Wdychała je tak intensywnie, że zaczęło mu go brakować. Dusił się. Zora odwróciła się i takiego widoku naprawdę się nie spodziewał. Była piękna! Piękna jak nigdy. W życiu nie widział piękniejszej kobiety. Bardzo powoli szła w jego kierunku i tym razem wiedział na co patrzeć. Na jej piersi, włosy, ramiona, biodra, kolana, stopy, jej nagość, jej kobiecość. Jej oczy. Posiadła go spojrzeniem.
„Zamknij oczy i dotknij mnie”. Zrobił jak mu kazała. Jej skóra była szorstka, twarda i pokryta kolcami. Odepchnął ją i z przerażeniem stwierdził, że jego dłonie krwawią. Bał się. Jej oczy. Czy ona kiedykolwiek przestawała patrzeć? Z każdą chwilą stawała się doskonalsza. Nie mógł zrozumieć co czuł przed chwilą pod palcami.
Roześmiała mu się w twarz.

Paweł otworzył oczy.

Nauczył się ją dotykać – i z zamkniętymi oczami, gdy jej ciało zmieniało się i raniło jego dłonie, a jej ostre zęby zostawiały na nim głębokie rany – i z otwartymi oczami, gdy była doskonała. Do mlaskania też się przyzwyczaił.

-
Jestem Szeptarką. Szepczę historie, które słyszę od drzew.
Nie spodziewajcie się nigdy niczego od kogoś, kto nigdy w życiu nie zamknął oczu.


wtorek, 06 listopada 2007

Ta historia nie wydarzyła się naprawdę. Przynajmniej tak mi się wydaje. A jeśli się wydarzyła to w jakimś innym wymiarze.
Jestem Szeptarką.
Kim jest Szeptarka? W skrócie – to taki byt jak ja, który słucha historii szeptanych przez drzewa i szepcze je dalej. Szeptarki mają zawsze długie włosy – kiedyś wyszepczę wam dlaczego – i przez ostatnią godzinę każdej doby nie są Szeptarkami.
Ta historia chyba nie wydarzyła się naprawdę. Drzewa szeptały ją bardzo cicho. Paru wątków nie dosłyszałam, kilka z nich jest dla mnie wciąż niejasnych, ale nie dowiem się już niczego więcej – raz opowiedziana przez drzewa historia, ginie na zawsze z szeptów ich liści.

Zora.
Czy było to tylko jej imię czy nazwa całego GATUNKU, który reprezentowała – nie wiem.
W każdym razie
TA Zora była przez większość czasu dość ładną dziewczyną. Miała lekko falowane, brązowe włosy i bardzo ciemne oczy. Żadne z drzew nie wiedziało ile dokładnie miała lat, ale wydaje mi się, że pomiędzy 20 a 25. Gdy nie była ładną dziewczyną, była... no cóż... zorą. Tak zdecydowałam się nazywać to COŚ w co zamieniała się Zora bez żadnej wyraźnej przyczyny. Chociaż teraz, gdy myślę o tym co mówiły drzewa o jej ... hmmm... transformacjach, wydaje mi się, że zmieniała się w zorę tylko gdy była naga. A może to właśnie zora była jej naturalnym kształtem, a ludzką formę przybierała zamiennie.
Czasem to, że ktoś przez większość czasu jest „jakiś”, nie oznacza, że jest wtedy sobą.

Zora poznała w szkole chłopaka, który się w niej zakochał. Na początku odnosiła się do niego niechętnie, potem obojętnie, ale z czasem zaakceptowała jego obecność w swoim pobliżu. Miał na imię Paweł. Nic więcej konkretnego o nim nie wiem. Chyba był dość duży i silny, ale to tylko moje wyobrażenia.
Któregoś dnia, po szkole, Paweł śledził Zorę i ze zdziwieniem odkrył, że dziewczyna mieszka w ogromnej chacie w lesie. Dziwny to był dom: długi na ponad 10 metrów, szeroki na przynajmniej 7-8 metrów, miał ze wszystkich czterech stron kamienne schody wysokie na około 5 metrów – pewnie skrywały w sobie jakieś pomieszczenia. Na szczycie schodów stała drewniana budowla, kształtem przypominająca stodołę – miała nawet słomiany dach.
Paweł wszedł po rogu schodów i zapukał do drewnianych wrót, za którymi kilkanaście minut wcześniej zniknęła Zora. W tej jednej chwili odniósł wrażenie, że świat się zatrzymał i już nic nigdy nie powróci do życia. W kolejnej chwili znalazł się po drugiej stronie drzwi, a jego oczom ukazał się widok w równym stopniu obrzydliwy co fascynujący.


Szeptanie bardzo męczy, nawet jeśli nie jest prawdziwym cichym dźwiękiem wydobywającym się ze mnie a tylko zapisem szeptu, dlatego musicie mi wybaczyć, że przerwę historię Zory w tym miejscu.
Wciąż nie umiem zadecydować, czy Zora była potworem czy czymś innym. I czym? Wyglądała czasem jak potwór i zabijała jak bestia – okrutnie i bez wyrzutów sumienia, ale mieć do niej o to pretensje to jak wyrzucać Słońcu, że zbyt jasno świeci.